Już Andrzejki zaczynamy.
Wszyscy tutaj się zbieramy.
Jest już wieczór. Są butelki.
Są też śledzie i precelki.
Są ogórki, popielniczki,
Papierosy, zapalniczki.
Jest tu wino, piwo, wóda.
Zaraz się tu zaczną cuda.
Będą wróżby. Będzie picie.
Taki zwyczaj. Takie życie.
Tyle z siebie dzisiaj damy,
Że pod stoły pospadamy!
poniedziałek, 30 listopada 2009
niedziela, 29 listopada 2009
Andrzejki
Świeczki, klucze i wytrychy.
Połamane jakieś szprychy.
Lanie wosku. Lanie wody.
Wróży stary. Wróży młody.
Spodnie męskie i poduszka.
Jakieś kości i jabłuszka.
Jakieś buty, fusy z kawy.
Szpilki, śledzie i zabawy.
I obrączki, i obierki.
Jakieś figle. Jakieś gierki.
I zapałki, i talerze.
Wszystko się na wróżby bierze.
Wróży babcia. Wróży dziadek.
Kto po Lechu weźmie spadek?
Wróżą obcy. Wróżą bliscy.
Tak wróżymy sobie wszyscy.
Szklane kule. Statystyki.
Kto ma sidła? Kto ma wnyki?
Wróżą posły. Dziennikarze.
Co to będzie? Czas pokaże.
Kto ma kwity? Kto ma haki?
Kto do Sejmu? Kto do paki?
Kto do więźnia? Kto w senaty?
Komu laur? Komu baty?
Psycholożki. Socjolożki.
Miasta wróżą. Wróżą wioski.
I lewica. I prawica.
Bo wróżenie nas zachwyca!
Połamane jakieś szprychy.
Lanie wosku. Lanie wody.
Wróży stary. Wróży młody.
Spodnie męskie i poduszka.
Jakieś kości i jabłuszka.
Jakieś buty, fusy z kawy.
Szpilki, śledzie i zabawy.
I obrączki, i obierki.
Jakieś figle. Jakieś gierki.
I zapałki, i talerze.
Wszystko się na wróżby bierze.
Wróży babcia. Wróży dziadek.
Kto po Lechu weźmie spadek?
Wróżą obcy. Wróżą bliscy.
Tak wróżymy sobie wszyscy.
Szklane kule. Statystyki.
Kto ma sidła? Kto ma wnyki?
Wróżą posły. Dziennikarze.
Co to będzie? Czas pokaże.
Kto ma kwity? Kto ma haki?
Kto do Sejmu? Kto do paki?
Kto do więźnia? Kto w senaty?
Komu laur? Komu baty?
Psycholożki. Socjolożki.
Miasta wróżą. Wróżą wioski.
I lewica. I prawica.
Bo wróżenie nas zachwyca!
Chłop!

Żadne układy. Żadne roszady.
Żadne strategie, żadne wywiady.
Żadne egerie. Żadne uniki.
Żadne grymasy i żadne krzyki.
Nic nie pomoże. Koniec nadchodzi.
To wie już każdy - starzy i młodzi.
Odejdzie Lechu w niebyt pamięci.
I nie pomogą mu wszyscy święci.
Pora na niego. Dni już liczymy.
Bo 4 lata tak się męczymy.
Świat się z nas śmieje. Śmieje Europa.
Aleśmy sobie wybrali chłopa!
sobota, 28 listopada 2009
Sobota
Różnica
Na tym polega różnica między Tomaszem Wasilewskim i Jarosławem Kuźniarem.
Kiedy zwracam uwagę Wasilewskiemu, że forma "na dworzu" jest nie do przyjęcia, umie podziękować imiennie.
Kiedy zwracam uwagę Kużniarowi, że nie ma "dwóch" prowadzących, tylko "dwoje", to się poprawia, dowcipkuje, że przecież płci nie zmienił, ale imiennie podziękować nie umie.
Imię "Stanisław" to mu już przez gardło przejść nie umie.
Kiedy zwracam uwagę Wasilewskiemu, że forma "na dworzu" jest nie do przyjęcia, umie podziękować imiennie.
Kiedy zwracam uwagę Kużniarowi, że nie ma "dwóch" prowadzących, tylko "dwoje", to się poprawia, dowcipkuje, że przecież płci nie zmienił, ale imiennie podziękować nie umie.
Imię "Stanisław" to mu już przez gardło przejść nie umie.
Zebranie
Już jest zebranie. Choć ledwo świta.
Jeden drugiego uprzejmie wita.
Trzech ich stanęło. Ręce podali.
I do roboty wnet się zabrali.
Papierosy. Powitanie.
I od świtu już gadanie.
Różne wózki i kaszkiety.
Czasem czapki lub berety.
Stare spodnie. Bluzy. Swetry.
Jeden ma podarte getry.
Stare buty. Stare spodnie.
Ale chodzi się wygodnie.
Im niestraszna jest pogoda.
Im nalewka zdrowia doda.
Grypy wcale się nie boją.
Czasem idą. Czasem stoją.
Puszki gniotą. Rozmawiają.
Szyby tłuką. Przeklinają.
Na swych wózkach skarby mają.
Ale ciągle dokładają.
Jakieś puszki i butelki.
Jakieś pudła i rondelki.
Jakieś szmaty, jakieś dechy.
Jakieś worki, jakieś miechy.
Pogadali. Porobili.
Potem jakby się zmówili.
Każdy poszedł w swoją stronę.
Bo zebranie zakończone.
Jeden drugiego uprzejmie wita.
Trzech ich stanęło. Ręce podali.
I do roboty wnet się zabrali.
Papierosy. Powitanie.
I od świtu już gadanie.
Różne wózki i kaszkiety.
Czasem czapki lub berety.
Stare spodnie. Bluzy. Swetry.
Jeden ma podarte getry.
Stare buty. Stare spodnie.
Ale chodzi się wygodnie.
Im niestraszna jest pogoda.
Im nalewka zdrowia doda.
Grypy wcale się nie boją.
Czasem idą. Czasem stoją.
Puszki gniotą. Rozmawiają.
Szyby tłuką. Przeklinają.
Na swych wózkach skarby mają.
Ale ciągle dokładają.
Jakieś puszki i butelki.
Jakieś pudła i rondelki.
Jakieś szmaty, jakieś dechy.
Jakieś worki, jakieś miechy.
Pogadali. Porobili.
Potem jakby się zmówili.
Każdy poszedł w swoją stronę.
Bo zebranie zakończone.
piątek, 27 listopada 2009
Parytety
Oglądam Discovery.
Już usłyszałem - archeolożka i paleontolożka.
Dodaję kolejne do zestawu - magisterka, doktorka, docentka, profesorka, psycholożka, socjolożka, dyrektorka.
Nie ma takiego absurdu na świecie, którego umysł ludzki nie byłby w stanie wymyślić.
Już usłyszałem - archeolożka i paleontolożka.
Dodaję kolejne do zestawu - magisterka, doktorka, docentka, profesorka, psycholożka, socjolożka, dyrektorka.
Nie ma takiego absurdu na świecie, którego umysł ludzki nie byłby w stanie wymyślić.
Ustawa
Chorzy ludzie. Chore słowa.
Co dzień paranoja nowa.
Oklaski, oklaski. Burzliwe i huczne!
I słowa wielkie. Słowa buńczuczne!
Jest jego gwardia. I są też tłumy.
Jest też sam prezes, co wszystkie rozumy...
Należy, należy, należy, należy!
Od tego bredzenia już włos mi się jeży!
Slogany, slogany. Zawsze te same!
Te wyświechtane i oklepane!
I ta nienawiść posiana wszędzie:
Na wsi i w mieście. W szkole. W urzędzie.
Wszystkich ma za nic. I wszystkich skłóci,
Byle do władzy znowu powrócić.
I będzie "gdybał", czarował będzie,
Bo ma nadzieję, że znowu będzie...
Determinacja. Nowa ustawa.
I w całym klubie już słychać brawa.
I nowy projekt. Determinacja.
I w całym klubie znowu owacja.
Oni uczciwie. I całkiem szczerze.
A ja im ciągle jakoś nie wierzę!
Co dzień paranoja nowa.
Oklaski, oklaski. Burzliwe i huczne!
I słowa wielkie. Słowa buńczuczne!
Jest jego gwardia. I są też tłumy.
Jest też sam prezes, co wszystkie rozumy...
Należy, należy, należy, należy!
Od tego bredzenia już włos mi się jeży!
Slogany, slogany. Zawsze te same!
Te wyświechtane i oklepane!
I ta nienawiść posiana wszędzie:
Na wsi i w mieście. W szkole. W urzędzie.
Wszystkich ma za nic. I wszystkich skłóci,
Byle do władzy znowu powrócić.
I będzie "gdybał", czarował będzie,
Bo ma nadzieję, że znowu będzie...
Determinacja. Nowa ustawa.
I w całym klubie już słychać brawa.
I nowy projekt. Determinacja.
I w całym klubie znowu owacja.
Oni uczciwie. I całkiem szczerze.
A ja im ciągle jakoś nie wierzę!
Lustereczko
Bracia drodzy! Kto rżnie głupa?
Który bardziej się wygłupia?
Czasem nie wiem. Wiedzieć chciałbym.
Dużo za to dzisiaj dałbym!
Lecz czy warto pytać braci?
To się chyba nie opłaci.
Lustereczko! Powiedz szczerze!
Bo ja braciom nie uwierzę!
Który bardziej się wygłupia?
Czasem nie wiem. Wiedzieć chciałbym.
Dużo za to dzisiaj dałbym!
Lecz czy warto pytać braci?
To się chyba nie opłaci.
Lustereczko! Powiedz szczerze!
Bo ja braciom nie uwierzę!
czwartek, 26 listopada 2009
Dekalog
Strachy na Lachy
Wszyscy wszystkich wszystkim straszą.
Ci już płaczą. Ci grymaszą.
Ten ma pełne już szuflady.
Tamten zaś nie daje rady.
Ale zbiera. Gwoździe, dane,
Wypowiedzi porąbane.
Ma pogłoski i apele.
Ma donosy, duperele.
Ma już zdjęcia. Ma haczyki.
I już też zastawia wnyki.
Akty, akta, wpadki, gafy.
Wszyscy mamy pełne szafy!
Ci już płaczą. Ci grymaszą.
Ten ma pełne już szuflady.
Tamten zaś nie daje rady.
Ale zbiera. Gwoździe, dane,
Wypowiedzi porąbane.
Ma pogłoski i apele.
Ma donosy, duperele.
Ma już zdjęcia. Ma haczyki.
I już też zastawia wnyki.
Akty, akta, wpadki, gafy.
Wszyscy mamy pełne szafy!
środa, 25 listopada 2009
Limit
Bracia limit wyczerpali.
Mocno na to pracowali.
Bo moralność i etyka
Przy zetknięciu z braćmi znika.
Bracia dążą wciąż do zwady.
Nie obchodzą ich zasady.
Mają swoje. Moherowe.
PiS-zasady całkiem nowe.
Kłody, świnie i jątrzenie.
Plucie jadem i bredzenie.
I w aferach się babranie.
Knucie spisków, podjudzanie.
I nasz limit wyczerpany.
Każdy z braci już nam znany.
A więc, bracia. Na was czas.
Brać walizki, no i w las!
Mocno na to pracowali.
Bo moralność i etyka
Przy zetknięciu z braćmi znika.
Bracia dążą wciąż do zwady.
Nie obchodzą ich zasady.
Mają swoje. Moherowe.
PiS-zasady całkiem nowe.
Kłody, świnie i jątrzenie.
Plucie jadem i bredzenie.
I w aferach się babranie.
Knucie spisków, podjudzanie.
I nasz limit wyczerpany.
Każdy z braci już nam znany.
A więc, bracia. Na was czas.
Brać walizki, no i w las!
wtorek, 24 listopada 2009
Pani Pochanke
Słucham pani Pochanke.
Proponuje premierowi, aby uderzył się w piersi.
A może tak pani redaktor uderzy się w piersi.
Jeśli je znajdzie.
Proponuje premierowi, aby uderzył się w piersi.
A może tak pani redaktor uderzy się w piersi.
Jeśli je znajdzie.
Na ludową nutę
Zaproszę se braci.
Zaproszę do tańca.
Jak nie będą chcieli,
To dam im kuksańca.
I zacznę se z braćmi
Solidnie wywijać.
Jak nie będą chcieli,
Wezmę na nich kija.
Zatańczę ja z nimi.
Zatańczę porządnie.
By po takim tańcu
Myśleli rozsądnie!
Zaproszę do tańca.
Jak nie będą chcieli,
To dam im kuksańca.
I zacznę se z braćmi
Solidnie wywijać.
Jak nie będą chcieli,
Wezmę na nich kija.
Zatańczę ja z nimi.
Zatańczę porządnie.
By po takim tańcu
Myśleli rozsądnie!
poniedziałek, 23 listopada 2009
ZPP
Jest Zespół Pracy. Zupełnie nowy.
Rewelacyjny i wystrzałowy.
Zespół jest prawy i sprawiedliwy.
A w tym zespole to same dziwy.
Jest Edgar znany z peronów budowy.
Jest po liftingu. Zupełnie nowy.
I jest sam Zbysio dobrze nam znany.
Przez moherowe panie kochany.
I jest w zespole Ola, Grażyna.
Każda egeria prawa dziewczyna.
Prawa dziewczyna i sprawiedliwa.
Bo się stosuje i nie wydziwia.
Będą szuflady. Będą ustawy.
Będą projekty dla dobra sprawy.
Będą kotwice i będą zmiany.
Będą zasady. Już brzmią peany.
Troską się wielką otoczy matki.
Oraz ich mężów. A także dziatki.
Z lobbingiem walka od rana będzie.
W domu, w piwnicy, na placu. Wszędzie
Zespół przełamie wszystkie podziały.
Tak nam powiedział ataman mały.
Wielkie kosmiczne będzie lotnisko.
Będzie zabawa i widowisko!
Powstaną także kosmiczne stacje.
Będą na Marsie super wakacje.
Będzie jak w raju, drogi kolego.
I 300 złotych też dla każdego!
Rewelacyjny i wystrzałowy.
Zespół jest prawy i sprawiedliwy.
A w tym zespole to same dziwy.
Jest Edgar znany z peronów budowy.
Jest po liftingu. Zupełnie nowy.
I jest sam Zbysio dobrze nam znany.
Przez moherowe panie kochany.
I jest w zespole Ola, Grażyna.
Każda egeria prawa dziewczyna.
Prawa dziewczyna i sprawiedliwa.
Bo się stosuje i nie wydziwia.
Będą szuflady. Będą ustawy.
Będą projekty dla dobra sprawy.
Będą kotwice i będą zmiany.
Będą zasady. Już brzmią peany.
Troską się wielką otoczy matki.
Oraz ich mężów. A także dziatki.
Z lobbingiem walka od rana będzie.
W domu, w piwnicy, na placu. Wszędzie
Zespół przełamie wszystkie podziały.
Tak nam powiedział ataman mały.
Wielkie kosmiczne będzie lotnisko.
Będzie zabawa i widowisko!
Powstaną także kosmiczne stacje.
Będą na Marsie super wakacje.
Będzie jak w raju, drogi kolego.
I 300 złotych też dla każdego!
niedziela, 22 listopada 2009
Maile do "Poranka"
sobota, 21 listopada 2009
Dzień Życzliwości
Prędzej Ziemia w miejscu stanie
Lub na deszczu wyschnie pranie!
Prędzej wyschną oceany
Lub usłyszy dziad peany!
Prędzej z hieną się skumpluję,
Niż na Lecha zagłosuję!
Prędzej sobie złamię szczękę,
Niż Jarkowi podam rękę!
Mej niechęci do tych węży
Żadna siła nie zwycięży!
Lub na deszczu wyschnie pranie!
Prędzej wyschną oceany
Lub usłyszy dziad peany!
Prędzej z hieną się skumpluję,
Niż na Lecha zagłosuję!
Prędzej sobie złamię szczękę,
Niż Jarkowi podam rękę!
Mej niechęci do tych węży
Żadna siła nie zwycięży!
Dumania poranne
Lechu Kaczyński! Lechu Wspaniały!
Nam chyba ciebie niebiosa dały!
Ty jesteś z nami. Więc trwogi ni ma.
Czuwasz nad nami - lato czy zima.
Ty zetrzesz wrogów. Naród uchronisz.
I nad narodem swą łzę uronisz.
Kochaj nas, Lechu. Tak jak my ciebie.
Chyba mi w głowie solidnie ...:)
Nam chyba ciebie niebiosa dały!
Ty jesteś z nami. Więc trwogi ni ma.
Czuwasz nad nami - lato czy zima.
Ty zetrzesz wrogów. Naród uchronisz.
I nad narodem swą łzę uronisz.
Kochaj nas, Lechu. Tak jak my ciebie.
Chyba mi w głowie solidnie ...:)
piątek, 20 listopada 2009
Południe
Ale jesień! Daję słowo!
Ciepło. Miło. Kolorowo.
Słońce, trawa, ławki, ludzie.
Tam gdzieś dalej pies przy budzie.
Wszyscy w słońcu. Ale cudnie!
Bez pośpiechu. Bo południe.
Chłopczyk w dresie na huśtawce.
Ten o kulach siadł na ławce.
I zapalił. Odpoczywa.
Obok niego gość się kiwa.
Ledwo stoi. Słowa zbiera.
Jedną ręką się podpiera.
Gołąb czujny. Zerka. Patrzy.
Czasem trawkę skubnąć raczy.
Jestem sobie
Jestem mały chłopczyk sobie.
Lekarz radzi - więc tak robię.
Myję rączki, myję nóżki.
Czyste zawsze mam poduszki.
Na spacery często chodzę.
Bo spacery zawsze w modzie.
Mam czapeczki i szaliczki,
Ciepłe buty, rękawiczki.
Słucham, co mi lekarz radzi.
Bo posłuchać nie zawadzi.
Czasem nawet trochę broję.
Ale grypy się nie boję.
Grypa świńska. Grypa ptasia.
Nic się nie bój! Słuchaj Stasia!
Staś doradzi i podpowie,
Jak o własne zadbać zdrowie!
Lekarz radzi - więc tak robię.
Myję rączki, myję nóżki.
Czyste zawsze mam poduszki.
Na spacery często chodzę.
Bo spacery zawsze w modzie.
Mam czapeczki i szaliczki,
Ciepłe buty, rękawiczki.
Słucham, co mi lekarz radzi.
Bo posłuchać nie zawadzi.
Czasem nawet trochę broję.
Ale grypy się nie boję.
Grypa świńska. Grypa ptasia.
Nic się nie bój! Słuchaj Stasia!
Staś doradzi i podpowie,
Jak o własne zadbać zdrowie!
czwartek, 19 listopada 2009
Cel uświęca środki?
Dawniej było trochę inaczej.
Aby pomóc głodującej biedocie, komisarz wchodził do dworu, mordował właścicieli i majątek rozdawał biednym. Tak im pomagał.
Kradnę w sklepie bochenek chleba. Nie biorę z niego dla siebie ani jednej kromki. I daję go żebrakowi.
Jestem bardzo ciekawy, jak zostałbym osądzony.
Aby pomóc głodującej biedocie, komisarz wchodził do dworu, mordował właścicieli i majątek rozdawał biednym. Tak im pomagał.
Kradnę w sklepie bochenek chleba. Nie biorę z niego dla siebie ani jednej kromki. I daję go żebrakowi.
Jestem bardzo ciekawy, jak zostałbym osądzony.
Po władzę

Pełne szuflady. W nich jakieś dyski.
Jakieś karteczki. Jakieś zapiski.
I jakieś gwoździe. Jakieś donosy.
I jakieś taśmy. Na nich odgłosy.
I jakieś szepty. Jakieś namowy.
Jakieś układy. Jakieś przemowy.
I jakieś zdjęcia. Spis lokatorów.
Intymne listy pełne kolorów.
Jakieś dzienniki. Ocen arkusze.
Jakieś dzienniczki. Jakieś sojusze.
Jakieś opinie pani ze szkoły.
Jakieś dopiski. Jakieś bazgroły.
I jeszcze mnóstwo danych. Notatki.
I jakieś resztki. Stare sałatki.
I Zespół Pracy. Zupełnie nowy.
Rewelacyjny. I wystrzałowy.
A w nim eksperci. Tajni. Ukryci.
Anonimowi. Tchórzem podszyci.
Kochani moi. Nic nie poradzę.
Jestem gotowy. Idę po władzę!
Grypa na dworze
Nasz pieszczoch jest chory i sam w łóżku leży.
I każdy urzędnik do niego już bieży.
Pomaga i służy. I rady swe daje.
Ma flaszki, flaszeczki. I ziółka podaje.
I kompres na główkę, na nóżki skarpety.
I szalik na szyjkę, i świeże gazety.
Tabletki, termometr i małe ampułki.
Zastrzyki, syropy i dziwne pigułki.
Szlafmycę na główkę i kapcie na nóżki.
I bulion od rana. Na obiad placuszki.
Zabieraj nalewkę i leć do pieszczocha.
On biedny, on chory, on płacze, on szlocha!
I każdy urzędnik do niego już bieży.
Pomaga i służy. I rady swe daje.
Ma flaszki, flaszeczki. I ziółka podaje.
I kompres na główkę, na nóżki skarpety.
I szalik na szyjkę, i świeże gazety.
Tabletki, termometr i małe ampułki.
Zastrzyki, syropy i dziwne pigułki.
Szlafmycę na główkę i kapcie na nóżki.
I bulion od rana. Na obiad placuszki.
Zabieraj nalewkę i leć do pieszczocha.
On biedny, on chory, on płacze, on szlocha!
środa, 18 listopada 2009
Ołtarze
wtorek, 17 listopada 2009
Obserwacje
Jechałem sobie autobusem. Sporo ludzi. Dorośli, młodzież, dzieci.
Nagle samochód osobowy przed autobusem gwałtownie zahamował.
Kierowca autobusu puścił wiązankę aż miło!
Zacząłem się zastanawiać.
Przecież tej wiązanki nie słyszał kierowca samochodu osobowego.
Musieli jej za to wysłuchać pasażerowie autobusu, którzy wcale nie byli winni zdenerwowaniu kierowcy.
Ciekawe są niektóre osobniki rodzaju ludzkiego:)
Nagle samochód osobowy przed autobusem gwałtownie zahamował.
Kierowca autobusu puścił wiązankę aż miło!
Zacząłem się zastanawiać.
Przecież tej wiązanki nie słyszał kierowca samochodu osobowego.
Musieli jej za to wysłuchać pasażerowie autobusu, którzy wcale nie byli winni zdenerwowaniu kierowcy.
Ciekawe są niektóre osobniki rodzaju ludzkiego:)
Bracia
Mamy braci. Jarka, Lecha.
Do nich serce się uśmiecha.
Do nich się uśmiecha dusza.
Widok braci tak nas wzrusza.
Tacy bracia! A są z nami!
Dla nas dniami i nocami
Bracia bardzo się starają.
Dobre rady wszystkim dają.
Słuszną nam wytyczą drogę.
Czasem jakąś też przestrogę
Bardzo ważną nam przekażą.
Zawsze celnie wroga wskażą.
Podsumują. Znajdą sfery.
Znajdą haki i afery.
Znajdą fiaska, złe nawyki,
Znajdą szpile, znajdą wnyki.
Znajdą drzazgę w cudzym oku.
Widać bracia już w amoku.
Belek bracia nie szukają.
Bo na belkach się nie znają.
Jak się braciom odwdzięczymy?
Za ich pracę. Za ich czyny.
Pogonimy braci w krzaki!
Bo paskudne to chłopaki!!!
Do nich serce się uśmiecha.
Do nich się uśmiecha dusza.
Widok braci tak nas wzrusza.
Tacy bracia! A są z nami!
Dla nas dniami i nocami
Bracia bardzo się starają.
Dobre rady wszystkim dają.
Słuszną nam wytyczą drogę.
Czasem jakąś też przestrogę
Bardzo ważną nam przekażą.
Zawsze celnie wroga wskażą.
Podsumują. Znajdą sfery.
Znajdą haki i afery.
Znajdą fiaska, złe nawyki,
Znajdą szpile, znajdą wnyki.
Znajdą drzazgę w cudzym oku.
Widać bracia już w amoku.
Belek bracia nie szukają.
Bo na belkach się nie znają.
Jak się braciom odwdzięczymy?
Za ich pracę. Za ich czyny.
Pogonimy braci w krzaki!
Bo paskudne to chłopaki!!!
poniedziałek, 16 listopada 2009
Podróże
Skarb
Nasze Dobro Narodowe.
W dwóch osobach. Dubeltowe.
Chronić nam to Dobro trzeba.
Bo jest taka wola nieba.
Do muzeum. I do skrzyni.
Niech się każdy tu przyczyni
Do ochrony. Do opieki.
Zabierz skrzynię. Zabierz ćwieki.
Schowaj Dobro w skrzyni na dnie.
Z góry gwoździe. Gdzie popadnie.
Niech bezpiecznie tam spoczywa
I widokiem swym zadziwia!
W dwóch osobach. Dubeltowe.
Chronić nam to Dobro trzeba.
Bo jest taka wola nieba.
Do muzeum. I do skrzyni.
Niech się każdy tu przyczyni
Do ochrony. Do opieki.
Zabierz skrzynię. Zabierz ćwieki.
Schowaj Dobro w skrzyni na dnie.
Z góry gwoździe. Gdzie popadnie.
Niech bezpiecznie tam spoczywa
I widokiem swym zadziwia!
niedziela, 15 listopada 2009
Grypa
Trele morele, sraluś mazgalus, duperelis duptus!
Niech mi tu pani doktor w "Poranku" nie opowiada o szczególnej wrażliwości pracowników służby zdrowia na zagrożenie grypą!
Widziałem, jak red. Cholewiński biegał po Warszawie!
Nawet długopis dostał!
Niech mi tu pani doktor w "Poranku" nie opowiada o szczególnej wrażliwości pracowników służby zdrowia na zagrożenie grypą!
Widziałem, jak red. Cholewiński biegał po Warszawie!
Nawet długopis dostał!
Maja
Chodzi Maja po ogrodzie.
Lecz nie chodzi nam tak co dzień.
Chodzi tylko co niedzielę.
I ogrodów zwiedza wiele.
Tu pogada, tam posadzi.
A więc Mai wszyscy radzi.
Każdy chętnie ją przyjmuje.
I czym chata - to częstuje.
Chodzi sobie lekkim krokiem.
Ktoś ją poczęstuje sokiem.
Maja super jest dziewczyna.
Fakt to znany. Żadna kpina!
Lecz nie chodzi nam tak co dzień.
Chodzi tylko co niedzielę.
I ogrodów zwiedza wiele.
Tu pogada, tam posadzi.
A więc Mai wszyscy radzi.
Każdy chętnie ją przyjmuje.
I czym chata - to częstuje.
Chodzi sobie lekkim krokiem.
Ktoś ją poczęstuje sokiem.
Maja super jest dziewczyna.
Fakt to znany. Żadna kpina!
Eufemizmy
Mija się z prawdą. Myli się chyba.
Bo pies to nie jest. Więc może ryba?
Ściemnia i kręci, i kombinuje.
Konfabuluje i bajeruje.
Zniekształca prawdę. Przekręca fakty.
Bo to nie akta, lecz tylko akty.
Wciska ciemnotę, mistyfikuje,
Kiwa nas wszystkich, ładnie picuje.
I kit nam wciska. Głowę zawraca,
Kota wykręca, kota wywraca.
Głodne kawałki w monolog wstawia.
Dumny jest z siebie. Widzów zabawia.
W błąd nas wprowadza i bajki snuje.
Zmyśla, bajtluje. Czasem szachruje.
I z gęby robi ścierkę, cholewę.
Bo jak to było, to nikt nawet nie wie.
I tym podobne ble, ble, ble, ble.
Dla mnie zaś jasne - jak ten pies łże!!!
Bo pies to nie jest. Więc może ryba?
Ściemnia i kręci, i kombinuje.
Konfabuluje i bajeruje.
Zniekształca prawdę. Przekręca fakty.
Bo to nie akta, lecz tylko akty.
Wciska ciemnotę, mistyfikuje,
Kiwa nas wszystkich, ładnie picuje.
I kit nam wciska. Głowę zawraca,
Kota wykręca, kota wywraca.
Głodne kawałki w monolog wstawia.
Dumny jest z siebie. Widzów zabawia.
W błąd nas wprowadza i bajki snuje.
Zmyśla, bajtluje. Czasem szachruje.
I z gęby robi ścierkę, cholewę.
Bo jak to było, to nikt nawet nie wie.
I tym podobne ble, ble, ble, ble.
Dla mnie zaś jasne - jak ten pies łże!!!
sobota, 14 listopada 2009
Rzecznik
Trzeba zaszczepić szybko rzecznika.
Aerozolem jakimś popsikać.
Przeciw głupocie. Przeciw bredzeniu.
Przeciw tym bzdetom. Przeciw jątrzeniu.
A może wysłać go do psychiatry?
Może nasz rzecznik ma jakieś wiatry?
A może inne dolegliwości.
Jakieś lumbago? Jakieś nudności?
Rzecznik jest chyba poważnie chory.
Niech go w obroty wezmą znachory.
Lub baby ze wsi. Te to się znają!
Swoje sposoby tajemne mają.
Odczynią urok i zdejmą czary.
Będzie jak nowy. Choć już jest stary.
Błaźni się. Miota. Staje na głowie.
A jak już powie - to głupio powie.
Nie wie, co mówi. Chory poważnie.
Więc trzeba czule. Trzeba rozważnie.
Straszna Janusza wzięła choroba.
Przecież to rzecznik. Nasza ozdoba.
Trzeba mu pomóc. Bardzo się męczy.
Z oddechem kłopot. Krzywi się, jęczy.
A więc do dzieła, miły kolego!
Przecież kochamy rzecznika swego!
Aerozolem jakimś popsikać.
Przeciw głupocie. Przeciw bredzeniu.
Przeciw tym bzdetom. Przeciw jątrzeniu.
A może wysłać go do psychiatry?
Może nasz rzecznik ma jakieś wiatry?
A może inne dolegliwości.
Jakieś lumbago? Jakieś nudności?
Rzecznik jest chyba poważnie chory.
Niech go w obroty wezmą znachory.
Lub baby ze wsi. Te to się znają!
Swoje sposoby tajemne mają.
Odczynią urok i zdejmą czary.
Będzie jak nowy. Choć już jest stary.
Błaźni się. Miota. Staje na głowie.
A jak już powie - to głupio powie.
Nie wie, co mówi. Chory poważnie.
Więc trzeba czule. Trzeba rozważnie.
Straszna Janusza wzięła choroba.
Przecież to rzecznik. Nasza ozdoba.
Trzeba mu pomóc. Bardzo się męczy.
Z oddechem kłopot. Krzywi się, jęczy.
A więc do dzieła, miły kolego!
Przecież kochamy rzecznika swego!
piątek, 13 listopada 2009
Narzekanie
Taniec z małpkami
One w lewo, a on w prawo.
I tak tańczą sobie żwawo.
One w prawo, w lewo on.
Tańczy Lechu tak jak słoń.
One naprzód, a on wstecz.
Bo o tańcu tutaj rzecz.
One w tył, a on do przodu.
Tak się męczy dla narodu.
I tak tańczą w noc i w dzień.
Niech no tylko małpki cień
Gdzieś pojawi się na ścianie,
Zaraz obok Lechu stanie.
Jedna małpka tuż pod ścianą.
No więc Lechu zaraz za nią.
Lecz uciekła. Się nie dała.
Zaraz inne zawołała.
One w bok, a on w piec.
Tak się kończy cała rzecz.
Taki taniec bardzo męczy.
Leży Lechu! No i jęczy!
I tak tańczą sobie żwawo.
One w prawo, w lewo on.
Tańczy Lechu tak jak słoń.
One naprzód, a on wstecz.
Bo o tańcu tutaj rzecz.
One w tył, a on do przodu.
Tak się męczy dla narodu.
I tak tańczą w noc i w dzień.
Niech no tylko małpki cień
Gdzieś pojawi się na ścianie,
Zaraz obok Lechu stanie.
Jedna małpka tuż pod ścianą.
No więc Lechu zaraz za nią.
Lecz uciekła. Się nie dała.
Zaraz inne zawołała.
One w bok, a on w piec.
Tak się kończy cała rzecz.
Taki taniec bardzo męczy.
Leży Lechu! No i jęczy!
czwartek, 12 listopada 2009
Kraj lat dziecinnych
Imperium
Imperium pada. Ojciec w potrzebie.
Daj drobny datek, a będziesz w niebie.
Wyciągnij kasę. Daj zaskórniaki.
Daj grubą forsę i daj drobniaki.
Jeny, dulary, euro, złotówki.
Wyjmij rezerwy z szafy. Z lodówki.
Dawaj co miesiąc. Co tydzień dawaj.
O nic nie pytaj i się nie stawiaj!
Daj drobny datek, a będziesz w niebie.
Wyciągnij kasę. Daj zaskórniaki.
Daj grubą forsę i daj drobniaki.
Jeny, dulary, euro, złotówki.
Wyjmij rezerwy z szafy. Z lodówki.
Dawaj co miesiąc. Co tydzień dawaj.
O nic nie pytaj i się nie stawiaj!
Ptok
Malowanie ptoka. Różne to są barwy.
Na jak długo jeszcze starczy wszystkim farby?
Tutaj dyrdymały. Tam jakieś siekiery.
Bo takie są ptoka prawdziwe maniery!
Na jak długo jeszcze starczy wszystkim farby?
Tutaj dyrdymały. Tam jakieś siekiery.
Bo takie są ptoka prawdziwe maniery!
środa, 11 listopada 2009
Listopad
Mokre szyby. Te dwie brzozy.
Pełne rannych ciężkie wozy.
Konie. Buty. I Kadrowa.
Do wymarszu już gotowa.
Mokre bruki i ulice.
Parasole. Kamienice.
Mokre place. Defilady.
Krok żołnierzy. I parady.
Biel i czerwień. Józef. Wódz.
Wtedy było - chcieć to móc.
Orły. Sztandar. I pałasze.
Takie święto. Polskie. Nasze.
Pełne rannych ciężkie wozy.
Konie. Buty. I Kadrowa.
Do wymarszu już gotowa.
Mokre bruki i ulice.
Parasole. Kamienice.
Mokre place. Defilady.
Krok żołnierzy. I parady.
Biel i czerwień. Józef. Wódz.
Wtedy było - chcieć to móc.
Orły. Sztandar. I pałasze.
Takie święto. Polskie. Nasze.
Święto
Czyste dusze. Czyste słowa.
Czyste serca. Czysta mowa.
Czyste myśli i zamiary.
Czyste chęci. Czyste dary.
Tych szanuję. Tym się kłaniam.
Czyste plany. Czyste zdania.
Czyści młodzi i dorośli.
Czyści ludzie. Ludzie prości.
Tych szanuję. Tych poważam.
Nie wyśmiewam. Nie obrażam.
Czyste oczy. Czyste ręce.
Czegóż nam tu trzeba więcej?
Ukłony dla Juliana Tuwima.
Każdy mój uczeń musiał znać na pamięć ten fragment poematu.
Czyste serca. Czysta mowa.
Czyste myśli i zamiary.
Czyste chęci. Czyste dary.
Tych szanuję. Tym się kłaniam.
Czyste plany. Czyste zdania.
Czyści młodzi i dorośli.
Czyści ludzie. Ludzie prości.
Tych szanuję. Tych poważam.
Nie wyśmiewam. Nie obrażam.
Czyste oczy. Czyste ręce.
Czegóż nam tu trzeba więcej?
Ukłony dla Juliana Tuwima.
Każdy mój uczeń musiał znać na pamięć ten fragment poematu.
Cytat
"Nasz naród jak lawa!
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa".
I w środku ta lawa także jest paskudna.
Więc z polskim narodem rozmowa jest trudna!
Kłótnie, waśnie i spory. I wzajemne boje.
Polak prawo Kalego przyjął jako swoje!
Nawet o rodzinie Polak ma przysłowie:
Najlepiej na zdjęciu! Każdy wam to powie!
I jeszcze jedno:
Gdzie dwóch Polaków, tam trzy są zdania!
I co tu jeszcze jest do dodania???
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa".
I w środku ta lawa także jest paskudna.
Więc z polskim narodem rozmowa jest trudna!
Kłótnie, waśnie i spory. I wzajemne boje.
Polak prawo Kalego przyjął jako swoje!
Nawet o rodzinie Polak ma przysłowie:
Najlepiej na zdjęciu! Każdy wam to powie!
I jeszcze jedno:
Gdzie dwóch Polaków, tam trzy są zdania!
I co tu jeszcze jest do dodania???
wtorek, 10 listopada 2009
Odszczepieniec
Kiedy idę chodnikiem i widzę, że przede mną leży coś paskudnego, to ja to omijam.
Większość obywateli jednak postępuje inaczej. Przystają i zaczynają dyskutować z tym czymś na różne sposoby. Starają się przekonać toto, że nie powinno na chodniku leżeć. Grożą, proszą, kpią, szydzą, ironizują, wyśmiewają, przywołują historię Polski od Mieszka, starożytną też, powołują się na wielkie autorytety, obrażają się, odchodzą. Za chwilę wracają i przekonywanie zaczyna się od nowa.
Taka myśl zawsze wpada mi do głowy, kiedy czytam różne fora.
Większość obywateli jednak postępuje inaczej. Przystają i zaczynają dyskutować z tym czymś na różne sposoby. Starają się przekonać toto, że nie powinno na chodniku leżeć. Grożą, proszą, kpią, szydzą, ironizują, wyśmiewają, przywołują historię Polski od Mieszka, starożytną też, powołują się na wielkie autorytety, obrażają się, odchodzą. Za chwilę wracają i przekonywanie zaczyna się od nowa.
Taka myśl zawsze wpada mi do głowy, kiedy czytam różne fora.
Mury
Wszędzie dookoła to mury padają.
I u nas są tacy, co się na tym znają.
Znają się na murach. Znają na betonie.
Znają się na rzeczy jak w tym składzie słonie!
Ci mury stawiają między Polakami.
To jest fakt bezsporny i powszechnie znany.
Bracia betonowi. Jarosław i Lech.
Powiedz te imiona, a usłyszysz śmiech!
I u nas są tacy, co się na tym znają.
Znają się na murach. Znają na betonie.
Znają się na rzeczy jak w tym składzie słonie!
Ci mury stawiają między Polakami.
To jest fakt bezsporny i powszechnie znany.
Bracia betonowi. Jarosław i Lech.
Powiedz te imiona, a usłyszysz śmiech!
poniedziałek, 9 listopada 2009
Pamięć
Podziwiam genialną pamięć wszystkich pytanych o 9 listopada 1989.
Każdy wiedział dokładnie, gdzie był i co robił w tym dniu.
Jako pytanie kontrolne proszę pytać zaproszonych do studia gości, kto prowadził Wiadomości o 19,30 w 1. programie TVP.
Wtedy się dowiemy, czy rzeczywiście mają taką genialną pamięć co do tego dnia, czy tylko wymyślają.
Każdy wiedział dokładnie, gdzie był i co robił w tym dniu.
Jako pytanie kontrolne proszę pytać zaproszonych do studia gości, kto prowadził Wiadomości o 19,30 w 1. programie TVP.
Wtedy się dowiemy, czy rzeczywiście mają taką genialną pamięć co do tego dnia, czy tylko wymyślają.
Same święta
Święto w Berlinie! Święto w Europie!
I na Podhalu! Zbieraj się, chłopie!
Jedź na Podhale! Uściskaj Lecha!
Bo on się do nas cudnie uśmiecha!
Lechu nas lubi! Lechu nas kocha!
Nad naszym losem po nocach szlocha!
I dla nas wszystkich bardzo się stara!
Że aż uszami mu bucha para!
I na Podhalu! Zbieraj się, chłopie!
Jedź na Podhale! Uściskaj Lecha!
Bo on się do nas cudnie uśmiecha!
Lechu nas lubi! Lechu nas kocha!
Nad naszym losem po nocach szlocha!
I dla nas wszystkich bardzo się stara!
Że aż uszami mu bucha para!
Poranek
Wczasy
Już nie będę prezydentem.
Nie podniosą mi się słupki.
Głosu na mnie nikt nie odda.
Chyba tylko same głupki.
Nawet brat mi nie pomoże.
Chociaż się wytęża w pracy.
Trzeba jasno to powiedzieć:
Już nie lubią mnie Polacy.
Takie czytam wciąż sondaże.
Większość to ma jedno zdanie:
Że najlepiej, gdy odejdę.
Gdy zakończę dziadowanie.
Więc odejdę. Już niedługo.
Gdzieś za góry i za lasy.
Bom się mocno napracował.
I należą mi się wczasy!
Nie podniosą mi się słupki.
Głosu na mnie nikt nie odda.
Chyba tylko same głupki.
Nawet brat mi nie pomoże.
Chociaż się wytęża w pracy.
Trzeba jasno to powiedzieć:
Już nie lubią mnie Polacy.
Takie czytam wciąż sondaże.
Większość to ma jedno zdanie:
Że najlepiej, gdy odejdę.
Gdy zakończę dziadowanie.
Więc odejdę. Już niedługo.
Gdzieś za góry i za lasy.
Bom się mocno napracował.
I należą mi się wczasy!
niedziela, 8 listopada 2009
Rymowanki
Ja piszę gratis. Wierszyki rozdaję.
Jeden je pochwali, drugi je połaje.
Lecz powiem Wam szczerze,
Że moje pisanie,
Jest tylko zabawą
I czasu spędzaniem.
Nie mam z tego nic.
Czasem wyjdzie coś fajnego,
Czasem zwykły pic!
Miłej niedzieli:)
Jeden je pochwali, drugi je połaje.
Lecz powiem Wam szczerze,
Że moje pisanie,
Jest tylko zabawą
I czasu spędzaniem.
Nie mam z tego nic.
Czasem wyjdzie coś fajnego,
Czasem zwykły pic!
Miłej niedzieli:)
Taki widok
Cisza cmentarna na korytarzach.
Nie ma lokaja. Nie ma kucharza.
Marazm i smutek. I przygnębienie.
Nie ma nadziei. Tylko zwątpienie.
I nikt nie walczy. Nikt się kłóci.
Każdy już patrzy, jak się obrócić.
I się rozgląda za nową pracą.
Tam już nie warto. Tam nie zapłacą.
I w JEGO sukces już nikt nie wierzy.
Każdy złowróżbne pogłoski szerzy.
Tylu ich było. Nie dali rady.
Były obiady, były biesiady.
A teraz pustka. Jakieś gazety
I stare buty. Jakieś berety.
Podarte książki. Złamane płyty.
Jakieś wyrwane z szuflad uchwyty.
Brudne kotary. Zasłony stare.
Puste butelki i pusty barek.
Ciemno i głucho. Światła zgaszone.
W kominku resztki jakieś spalone.
Wybite okna. Pożółkłe ściany.
I rdzą przeżarte biesiadne dzbany.
Wiatr po pokojach swobodnie hula.
Na krzesłach czosnek. W kącie cebula.
Tak to wygląda. To nie awaria.
Moi kochani. To Kancelaria!
Nie ma lokaja. Nie ma kucharza.
Marazm i smutek. I przygnębienie.
Nie ma nadziei. Tylko zwątpienie.
I nikt nie walczy. Nikt się kłóci.
Każdy już patrzy, jak się obrócić.
I się rozgląda za nową pracą.
Tam już nie warto. Tam nie zapłacą.
I w JEGO sukces już nikt nie wierzy.
Każdy złowróżbne pogłoski szerzy.
Tylu ich było. Nie dali rady.
Były obiady, były biesiady.
A teraz pustka. Jakieś gazety
I stare buty. Jakieś berety.
Podarte książki. Złamane płyty.
Jakieś wyrwane z szuflad uchwyty.
Brudne kotary. Zasłony stare.
Puste butelki i pusty barek.
Ciemno i głucho. Światła zgaszone.
W kominku resztki jakieś spalone.
Wybite okna. Pożółkłe ściany.
I rdzą przeżarte biesiadne dzbany.
Wiatr po pokojach swobodnie hula.
Na krzesłach czosnek. W kącie cebula.
Tak to wygląda. To nie awaria.
Moi kochani. To Kancelaria!
sobota, 7 listopada 2009
Grypa
Ptasia grypa. Świńska grypa.
Kto się boi - ten niech zmyka.
Ja nie boję się niczego.
Mam zapasy, mój kolego.
Mam herbatkę. Mam cebulę.
Miłe "małpki" tulę czule.
Trochę miodu także mam.
Więc kto zechce - to mu dam.
Mam też chrzan i pomidory.
No więc ja nie będę chory.
Mam owoce i warzywa.
No więc grypę ja wykiwam.
Mam też czosnek. Lipy kwiaty.
Więc nie wpadnę w tarapaty.
Mam też cytryn stosy całe.
Mam skarpetki. Duże, małe.
Mam też ciepłe rękawiczki.
I futrzane mam trzewiczki.
Myję rączki. Buzię myję.
Myję uszka, myję szyję.
Mam czapeczkę, aspirynę.
No i uśmiechniętą minę.
Rymy piszę. Kawę piję.
I spokojnie sobie żyję.
Kto się boi - ten niech zmyka.
Ja nie boję się niczego.
Mam zapasy, mój kolego.
Mam herbatkę. Mam cebulę.
Miłe "małpki" tulę czule.
Trochę miodu także mam.
Więc kto zechce - to mu dam.
Mam też chrzan i pomidory.
No więc ja nie będę chory.
Mam owoce i warzywa.
No więc grypę ja wykiwam.
Mam też czosnek. Lipy kwiaty.
Więc nie wpadnę w tarapaty.
Mam też cytryn stosy całe.
Mam skarpetki. Duże, małe.
Mam też ciepłe rękawiczki.
I futrzane mam trzewiczki.
Myję rączki. Buzię myję.
Myję uszka, myję szyję.
Mam czapeczkę, aspirynę.
No i uśmiechniętą minę.
Rymy piszę. Kawę piję.
I spokojnie sobie żyję.
piątek, 6 listopada 2009
Samo życie
Przeżyliśmy potop szwedzki.
Przeżyliśmy i radziecki.
Przeżyliśmy puste haki.
Przeżyjemy i bliźniaki!
Wiatr historii zmiecie Lecha.
Wiatr historii zmiecie Jarka.
Gdy Polacy zrozumieją,
Że się już przebrała miarka!
Przeżyliśmy i radziecki.
Przeżyliśmy puste haki.
Przeżyjemy i bliźniaki!
Wiatr historii zmiecie Lecha.
Wiatr historii zmiecie Jarka.
Gdy Polacy zrozumieją,
Że się już przebrała miarka!
Jesień
Idzie jesień. Idą chłody.
Pada stary. Pada młody.
Pada mały. Pada duży.
Tamten w domu, ten w podróży.
Grypy ptasie. Grypy świńskie.
Meksykańskie. Ukraińskie.
Dookoła pada wszystko.
Nieprzyjemne widowisko.
Padają bakterie.
Zarazki padają.
Lecz jedne paskudztwa
Dzielnie się trzymają.
Jakie to paskudztwa?
Pewnie zapytacie.
To paskudztwa z PiS-u!
Mój kochany bracie!
Te są najgorsze!
Takie mam zdanie.
Więc bądź ostrożny!
Uważaj na nie!!!
Pada stary. Pada młody.
Pada mały. Pada duży.
Tamten w domu, ten w podróży.
Grypy ptasie. Grypy świńskie.
Meksykańskie. Ukraińskie.
Dookoła pada wszystko.
Nieprzyjemne widowisko.
Padają bakterie.
Zarazki padają.
Lecz jedne paskudztwa
Dzielnie się trzymają.
Jakie to paskudztwa?
Pewnie zapytacie.
To paskudztwa z PiS-u!
Mój kochany bracie!
Te są najgorsze!
Takie mam zdanie.
Więc bądź ostrożny!
Uważaj na nie!!!
czwartek, 5 listopada 2009
Było, minęło.
Ja Wam powiem. Mnie się śniło,
Że za PiS-u lepiej było.
No bo kiedy rządził Jarek,
Nawet lepiej szedł zegarek.
No i słońce zawsze było.
Nawet w nocy też świeciło.
Poza tym, jak pewnie wiecie,
To porządek był w powiecie.
We wsi wszystko zaś działało.
A jak komu brakowało,
To dostawał za darmochę.
No i wracał se na wiochę.
W miastach wszyscy wciąż biegali
I agentów tam szukali.
Sporo goniło też za układem.
I żaden człowiek to nie był dziadem.
I cen podwyżek wtedy nie było.
Ludziom jak w maśle wszystkim się żyło.
A pensje i emerytury
To się co miesiąc pięły do góry.
I były gładkie jak lustro drogi.
A każdy kurczak to miał trzy nogi.
I każdy Polak miał pałę wielką.
A każda Polka była modelką.
I każdy słuchał i się stosował.
No i nikt nie protestował.
I wszyscy wszystkiego pod dostatkiem mieli.
Aż przyszedł Donald.
I diabli raj wzięli!
Że za PiS-u lepiej było.
No bo kiedy rządził Jarek,
Nawet lepiej szedł zegarek.
No i słońce zawsze było.
Nawet w nocy też świeciło.
Poza tym, jak pewnie wiecie,
To porządek był w powiecie.
We wsi wszystko zaś działało.
A jak komu brakowało,
To dostawał za darmochę.
No i wracał se na wiochę.
W miastach wszyscy wciąż biegali
I agentów tam szukali.
Sporo goniło też za układem.
I żaden człowiek to nie był dziadem.
I cen podwyżek wtedy nie było.
Ludziom jak w maśle wszystkim się żyło.
A pensje i emerytury
To się co miesiąc pięły do góry.
I były gładkie jak lustro drogi.
A każdy kurczak to miał trzy nogi.
I każdy Polak miał pałę wielką.
A każda Polka była modelką.
I każdy słuchał i się stosował.
No i nikt nie protestował.
I wszyscy wszystkiego pod dostatkiem mieli.
Aż przyszedł Donald.
I diabli raj wzięli!
Kurduple
Jakieś kurduple po wsi latają.
I już od rana nam tu mieszają.
Świnię podłożą lub rzucą kłodę.
Afery znajdą. Poleją wodę.
I szkody robią kurduple straszne.
Jeden coś krzyknie. Drugi coś wrzaśnie.
I tak się bawią przez dobę całą.
Takie kurduple są wsi zakałą.
Trzeba kurduplom by dać po pysku.
Albo wychłostać gdzieś na klepisku.
Albo wykopać gdzieś tam do rowu.
I będzie we wsi spokojnie znowu!
I już od rana nam tu mieszają.
Świnię podłożą lub rzucą kłodę.
Afery znajdą. Poleją wodę.
I szkody robią kurduple straszne.
Jeden coś krzyknie. Drugi coś wrzaśnie.
I tak się bawią przez dobę całą.
Takie kurduple są wsi zakałą.
Trzeba kurduplom by dać po pysku.
Albo wychłostać gdzieś na klepisku.
Albo wykopać gdzieś tam do rowu.
I będzie we wsi spokojnie znowu!
środa, 4 listopada 2009
Głosowanie
Na czele PSL stoi android.
Na czele Samoobrony - Lepper.
Więc głosowanie na polskich chłopów odpada.
Na czele SLD stoi - Napieralski.
Oni wiedzą, jak zaczynać, ale nie wiedzą, jak kończyć.
Jak zaczynać, to wie każdy głupi.
Też odpadają.
Głosowanie na PiS z oczywistych względów odpada!
No to co zostaje?
Na czele Samoobrony - Lepper.
Więc głosowanie na polskich chłopów odpada.
Na czele SLD stoi - Napieralski.
Oni wiedzą, jak zaczynać, ale nie wiedzą, jak kończyć.
Jak zaczynać, to wie każdy głupi.
Też odpadają.
Głosowanie na PiS z oczywistych względów odpada!
No to co zostaje?
Wódz
Z pianą na ustach i napuszony
Bredzi codziennie jak pokręcony.
Plecie i ględzi. Kpinki i kpiny.
I te wodzowskie kretyńskie miny.
Na pomoc wszystkie posiłki wzywa.
Jeszcze się łudzi. Noce zarywa.
I ma nadzieję. Jeszcze się łudzi.
Więc pluje jadem na wszystkich ludzi.
Jego oblicze: kłamliwe, brudne
I obrzydliwe. Jakże paskudne!
Stacza się ciągle każdego dnia.
Lecz w swym uporze zażarcie trwa!
W sobie zaś żadnej nie czuje winy.
Lecz koniec bliski. Już tej lawiny
Nikt nie powstrzyma. Pędzi z kopyta!
I ona o nic go nie zapyta!
Bredzi codziennie jak pokręcony.
Plecie i ględzi. Kpinki i kpiny.
I te wodzowskie kretyńskie miny.
Na pomoc wszystkie posiłki wzywa.
Jeszcze się łudzi. Noce zarywa.
I ma nadzieję. Jeszcze się łudzi.
Więc pluje jadem na wszystkich ludzi.
Jego oblicze: kłamliwe, brudne
I obrzydliwe. Jakże paskudne!
Stacza się ciągle każdego dnia.
Lecz w swym uporze zażarcie trwa!
W sobie zaś żadnej nie czuje winy.
Lecz koniec bliski. Już tej lawiny
Nikt nie powstrzyma. Pędzi z kopyta!
I ona o nic go nie zapyta!
wtorek, 3 listopada 2009
Kacze pióro
Kacze pióro! Pióro kacze!
Dajcie mi je! Niech zobaczę!
Co za jedno? Co za dziwy?
Nie pisało? Cud prawdziwy!
Pióro też się zbuntowało?
Pewnie sondaż oglądało!
Posłuszeństwa odmówiło!
No i całkiem się zbiesiło!
Posłuchajcie Wernyhory!
Zdrowy jesteś, czyś jest chory!
To są wróżby! To są znaki!
Mądre jak te ptaki szpaki!
To proroctwo! Przepowiednia!
Żadne bajki! Żadna brednia!
Posłuchajcie ludzie głusi!
Lech Kaczyński odejść musi!
Dajcie mi je! Niech zobaczę!
Co za jedno? Co za dziwy?
Nie pisało? Cud prawdziwy!
Pióro też się zbuntowało?
Pewnie sondaż oglądało!
Posłuszeństwa odmówiło!
No i całkiem się zbiesiło!
Posłuchajcie Wernyhory!
Zdrowy jesteś, czyś jest chory!
To są wróżby! To są znaki!
Mądre jak te ptaki szpaki!
To proroctwo! Przepowiednia!
Żadne bajki! Żadna brednia!
Posłuchajcie ludzie głusi!
Lech Kaczyński odejść musi!
Powroty
Już nie będę prezydentem.
Jest mi smutno niesłychanie.
Tylko kilka mam miesięcy,
By wyrażać swoje zdanie.
Będę je wyrażał mocno.
Będę je wyrażał stale.
Będę wołał na wsi, w mieście.
Będę wołał w karnawale.
Wiem, że to nic nie pomoże.
Słupki mi się nie podniosą.
Bo Polacy mają dosyć
I w wyborach mnie rozniosą.
Więc odejdę ja z urzędu.
Smutny będę jak owieczka.
I z oczami łez pełnymi
Wrócę sobie do Zapiecka!
Jest mi smutno niesłychanie.
Tylko kilka mam miesięcy,
By wyrażać swoje zdanie.
Będę je wyrażał mocno.
Będę je wyrażał stale.
Będę wołał na wsi, w mieście.
Będę wołał w karnawale.
Wiem, że to nic nie pomoże.
Słupki mi się nie podniosą.
Bo Polacy mają dosyć
I w wyborach mnie rozniosą.
Więc odejdę ja z urzędu.
Smutny będę jak owieczka.
I z oczami łez pełnymi
Wrócę sobie do Zapiecka!
poniedziałek, 2 listopada 2009
Zaduszki
Maglowanie i przędzenie.
Cięcie sieczki i bredzenie.
Żadne tkanie i deptanie.
Żadne pomyj wylewanie.
Niech nie będzie dziś klepania.
Niech nie będzie dziś spluwania.
Dzisiaj tego nie rób wcale.
Ale wspomnij ojców wiarę
I w Zaduszki idź na groby.
Odwiedź zmarłe już osoby.
Pomyśl o tych biednych duszach,
Co w czyśćcowych są katuszach.
Zapal świece, połóż kwiaty.
Złóż należne im obiaty!
Cięcie sieczki i bredzenie.
Żadne tkanie i deptanie.
Żadne pomyj wylewanie.
Niech nie będzie dziś klepania.
Niech nie będzie dziś spluwania.
Dzisiaj tego nie rób wcale.
Ale wspomnij ojców wiarę
I w Zaduszki idź na groby.
Odwiedź zmarłe już osoby.
Pomyśl o tych biednych duszach,
Co w czyśćcowych są katuszach.
Zapal świece, połóż kwiaty.
Złóż należne im obiaty!
O to chodzi
Bo chodzi tu o to, by ułożyć zdanie,
Co do serca wpadnie i tam pozostanie.
Bo można lać wodę, można mnożyć słowa.
Z łatwością to zrobi każda pusta głowa.
Lecz dobrać wyrazy i zdanie ułożyć.
Do tego się trzeba już bardziej przyłożyć.
Więc z tego wywodu rzecz jasna wynika:
Niech zdanie powita uśmiech czytelnika.
Nie rechot rubaszny, że aż się roznosi.
Nie o takie zdanie jasna myśl się prosi.
Lecz uśmiech łagodny. Taki uśmiech miły,
By twarze się wokół wszystkie rozjaśniły.
Co do serca wpadnie i tam pozostanie.
Bo można lać wodę, można mnożyć słowa.
Z łatwością to zrobi każda pusta głowa.
Lecz dobrać wyrazy i zdanie ułożyć.
Do tego się trzeba już bardziej przyłożyć.
Więc z tego wywodu rzecz jasna wynika:
Niech zdanie powita uśmiech czytelnika.
Nie rechot rubaszny, że aż się roznosi.
Nie o takie zdanie jasna myśl się prosi.
Lecz uśmiech łagodny. Taki uśmiech miły,
By twarze się wokół wszystkie rozjaśniły.
niedziela, 1 listopada 2009
Listopad
Pamiętajmy o tych ludziach,
Którzy od nas już odeszli.
Byli tutaj między nami.
Lecz swą drogę dawno przeszli.
Byli tutaj. Się starali.
Jedli, spali, trochę pili.
Jakieś plany pewnie mieli.
Razem z nami tutaj żyli.
Dziś w pamięci naszej żyją.
To nie szkodzi, że ciut pada.
Zapal znicz i zapal świecę.
Dziś jest pierwszy listopada!
Którzy od nas już odeszli.
Byli tutaj między nami.
Lecz swą drogę dawno przeszli.
Byli tutaj. Się starali.
Jedli, spali, trochę pili.
Jakieś plany pewnie mieli.
Razem z nami tutaj żyli.
Dziś w pamięci naszej żyją.
To nie szkodzi, że ciut pada.
Zapal znicz i zapal świecę.
Dziś jest pierwszy listopada!
Cmentarz
Światło, kolory, zapach, rozmowy.
Buty ciut stare. Kapelusz nowy.
I te nad grobem wspólne spotkania.
Uśmiechy, dłonie i powitania.
I są całusy. Co tam u ciebie?
Ja jestem pewna, że on jest w niebie!
I pełno sadzy. I pełno wosku.
Ja po zapałki lecę do kiosku!
Takie są wszystkie polskie cmentarze.
Dzieci wśród grobów. Mali figlarze.
Znicze i świece. Wieńce. Stroiki.
Głosy i szepty. Czasami krzyki.
I te modlitwy za zmarłych wszystkich.
Za obcych ludzi i za tych bliskich.
Usta szepczące to jedno zdanie:
Wieczny spoczynek racz im dać, Panie.
Taki dzień
Taki dzień. Gdy znicze płoną.
Czasem ludzie łzę uronią.
Mnóstwo zniczy. Mnóstwo ludzi.
Tyle wspomnień znów się budzi.
Już ich nie ma. Kiedyś byli.
Żyli sobie. Coś robili.
Tak się kończy każda ścieżka.
Po mnie tutaj ktoś zamieszka.
Więc dzień cenię. Księżyc. Słońce.
Dni pochmurne i gorące.
Kromkę chleba. Skromną strawę.
I poranną moją kawę.
Czasem ludzie łzę uronią.
Mnóstwo zniczy. Mnóstwo ludzi.
Tyle wspomnień znów się budzi.
Już ich nie ma. Kiedyś byli.
Żyli sobie. Coś robili.
Tak się kończy każda ścieżka.
Po mnie tutaj ktoś zamieszka.
Więc dzień cenię. Księżyc. Słońce.
Dni pochmurne i gorące.
Kromkę chleba. Skromną strawę.
I poranną moją kawę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)